Fot.mateuszmi-fotoliaRodzice Zosi poświęcili mnóstwo czasu i energii, żeby przygotować ją do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Były długie godziny rozmów. Tłumaczenie po kolei, zdania po zdaniu, każdej modlitwy, każdego katechizmowego stwierdzenia. Było wspólne czytanie Biblii, opowieści o Jezusie w życiu rodziców, z których wynikało, że to ich najlepszy przyjaciel, który ich nigdy nie opuszcza, który kocha ich bezinteresownie tak wielką, wręcz szaloną miłością, że umarł za nich. Mimo że na to nie zasłużyli.


Z tego wszystkiego Zosia zrozumiała, że zrobi wszystko, żeby też zaprzyjaźnić się z Jezusem, bo On jedyny będzie ją zawsze kochał tak wielka miłością, której się nie da nawet wyobrazić i to bez względu na to czy będzie grzeczna czy nie. Zrozumiała też, że chce być grzeczna, bo kiedy grzeszy to sama się od Niego odcina, a wciąż chce być przy Nim. Zrozumiała więc coś, do czego niektórzy dorośli nie dotrą nigdy, że religia to nie wypełnianie dobrych uczynków, to nie moralność nawet – to osobista więź i relacja z Bogiem, który stał się człowiekiem.

I na tego Boga, wraz z rodzicami, czekała. Bo wiedziała już także, że stał się tak bliski, iż został z ludźmi „aż do skończenia świata". I to Jego miała przyjąć, bo On powiedział, że trzeba zjadać jego Ciało, żeby być z Nim zjednoczonym. Zrozumiała więc, że dzień jej Pierwszej Komunii Świętej będzie ogromnym wydarzeniem.
Ale zaczęły się przygotowania w parafii. Zosia musiała stać w określonym miejscu, dziesiątki razy wychodzić z ławki, ustawiać się w rządku, nauczyć się odkładać świecę w odpowiedni sposób, składać ręce na znak siostry katechetki, bez końca śpiewać te same pieśni... Co więcej godzinami „ćwiczyła" mszę św., to znaczy siostra odgrywała rolę księdza a dzieci uczyły się głośno (musiało być bardzo głośno) odpowiadać... I właściwie nie słyszała podczas tych przygotowań o Jezusie, ale jak ma stać, jak siadać, jak składać ręce...

Rodzice wciąż próbowali wskazywać na istotę tego wydarzenia – Jezusa. Ale Zosia była tak przerażona, że nie zapamięta wszystkiego, co i kiedy ma zrobić, że się na pewno pomyli, iż wychodząc w niedzielny ranek na mszę św., podczas której po raz pierwszy miała spożyć Jezusa, rozpłakała się i cała drżąca wyszlochała: „Mamo ja się na pewno pomylę, nie pamiętam, kiedy i jak mam odłożyć świecę..." A mama poczuła, jak kolana się pod nią uginają i jak wszyscy dorośli (z nią samą na czele), którzy mieli temu dziecku pomóc przyjąć Jezusa do swego życia ponieśli klęskę...

Dlaczego? Co się stało, że nie potrafimy dzieciom przekazać istoty, tego co najważniejsze? Że skupiamy się na niepotrzebnych szczegółach? Że po Pierwszej Komunii Świętej mówimy: „ ale było pięknie w kościele", a nie zaglądamy w serca tych małych ludzi, ilu z nich w tym dniu naprawdę zawarło przyjaźń z Jezusem na całe swoje życie?
No i czasami, niestety, jest tak, że podczas przygotowań w kościele zostaje „popsute" to, na co rodzice z trudem pracowali przez wiele miesięcy. Choć na ogół narzeka się na tych „nieprzygotowanych rodziców dzieci pierwszokomunijnych", których „najpierw trzeba byłoby wychować"... I zapewne nie bez racji... Szkoda tylko, że wkłada się do jednego worka także tych, którym naprawdę zależy na wychowaniu religijnym swoich pociech... Bo rodzice Zosi długie miesiące musieli poświęcić, żeby zatrzeć złe wrażenie przedkomunijnej musztry i skierować jej uwagę znowu na Jezusa.