PrzychodzęKiedy zbliżała się niedziela, nadchodził koszmar

Aleksandra Kamińska: Jakie było Twoje życie przed nawróceniem?

Maria: Było takie, jak większości moich znajomych. Ja i siostra mieszkałyśmy z rodzicami, wiecznie walczącymi ze sobą. Nie cierpiałam mojego ojca, który był cholerykiem i wychowywał nas tak, jak go nauczyli jego rodzice – dużo zakazów, rozkazów, brak okazywania miłości, nieustanne krzyki i niezrozumienie.

Dochodziło też do przemocy fizycznej. Dlatego popierałam mamę, choć ona ciągle szukała zrozumienia u innych mężczyzn. Chciała poukładać sobie życie na nowo, tak twierdziła, a my jej kibicowałyśmy, obserwując to wszystko i znając wszelkie szczegóły z jej przygód. Mama często, po różnych tragicznych sytuacjach, wracała do ojca, a my z siostrą byłyśmy wściekłe. Rozmawiałyśmy z nią, często wręcz żądałyśmy, aby porzuciła ojca. Więc mama, gdy kontaktowała się z tatą, ukrywa to przed nami.

AK: Czułyście się pomijane przez rodziców?

M: Czułam się pomijana przez ojca, bo z mamą trzymałyśmy wspólny front. Myślałyśmy, że ona musi poszukać sobie innego faceta, dlatego starałyśmy się nie zawracać jej głowy nami. Od 14-15 roku życia trudno mi przypomnieć sobie wspólny obiad, później wspólnych posiłków nie było w domu w ogóle. Mama była dla nas bardziej jak przyjaciółka.

AK: Same się sobą opiekowałyście?

M: Tak, choć muszę przyznać, że dużo pomagał nam mieszkający z nami dziadek (ojciec mamy). Rano zawsze była bułka do szkoły albo chlebek, drożdżówka, czasem też robił obiad, pożyczał 2 zł, jak się coś zepsuło, to zreperował. Dziadek nie ingerował w sprawy rodziców, zresztą miał miało do powiedzenia. Jako jedyny z naszego domu chodził do kościoła i modlił się. Tata też czasem chodził w niedzielę, zmuszał do tego także mnie i siostrę. Kiedy zbliżała się niedziela, to nadchodził koszmar. Wiedziałam, że będzie kłótnia związana z kościołem. My nie chciałyśmy chodzić, a tata krzyczał, że musimy iść. Chodziłyśmy, ale były takie etapy: kościół – tył, kościół – kruchta, kościół – dwór, kościół – za dzwonnicą, a później kościół jako spacery i ukrywanie się po wiosce.

AK: Dlaczego nie chciałyście chodzić do kościoła?

M: Bo uważałam, że kościół nie może być dobry, skoro tacy ludzie, jak tata czy dziadek, o którym wiedziałam, że w przeszłości źle traktował babcię, do niego chodzą. Jak skończyłam 13 lat, przestałam chodzić. Moja siostra miała wtedy 11. Trzymałyśmy z mamą, która do kościoła nie chodziła i pozostawiła nam zupełną swobodę.

Kiedy skończyłam 14 lat, miałam już pierwszego chłopaka. Utożsamiałam się z kulturą metalową, słuchałam ciężkiej rockowej muzyki, potem przekształciło się to w punk rock. Z chłopakiem mi się nie ułożyło, poznałam innego, zaczęły się tzw. „miękkie” narkotyki.. i potem to już wszystko potoczyło się z górki. No i muzyka: uwielbiany przeze mnie Marylin Manson  i inne metalowe kapele.

AK: Manson odciągał cię od Boga?

M: Nie chodziło mi o wiarę. Skupiając się na jego tekstach, po prostu czułam, że nie jestem w tym bezsensie sama, że on i inni czują podobnie. Podobała mi się ta muzyka. Pamiętam, jak trafił do mnie druk biblii satanistcznej La Veya. Było to kilkanaście kartek, wydrukowanych z internetu. To, co on pisał o Kościele, wydało mi się bardzo słuszne. Odbierałam Kościół jako instytucję, skupiającą się tylko na pieniądzach. Przyciągała mnie wizja czarnej mszy, totalnej beztroski, grupy, która na pewno dobrze się bawi i rozumie się wzajemnie. Zaczęłam pytać o adresy takich mszy. Dostałam kontakt, ale ostatecznie zrezygnowałam. Bóg nade mną czuwał. Pamiętam ogromne, obsesyjne zainteresowanie magią. Stare receptury, czarownice, sabaty. Przeszukałam w bibliotece wszystkie książki na ten temat. Kupiłam też książkę „Biała magia, teoria i praktyka”. Znalazłam tam opisy samotnych rytuałów ze sztyletami i ziołami. Rysowanie kręgów, wypowiadanie zaklęć. Nadawanie nowych egzotycznych imion. Mnie się to bardzo (o zgrozo!), przyjemnie kojarzyło, z bliskością, z naturą, z zapachami roślin, z rzeczami nieodgadnionymi, z mocą, nawet z prawdziwą kobiecością. Wiem, że to głupio brzmi, ale tak było. Tu znowu zadział Bóg. Mimo, że bardzo mnie to wciągało, w żadnym sabacie czy innym rytuale nie uczestniczyłam.

AK: Chodziło mi o to, czy zainteresowanie Mansonem przeszkadzało ci w kontakcie z Bogiem?

M: Na pewno tak, tak jak reszta rzeczy, o czym wspomniałam. Przez Mansona trafiłam na La Veya, przez to na czarownice i rytuały.

Okrzyknęłam się „biseksualistką”

AK: Byłaś tym wszystkim zainteresowana – co cię skłoniło, aby z tym zerwać? Było jakieś przełomowe wydarzenie?

M: Pierwszy chłopak. On stał się obsesją, oczywiście taką na krótki czas. Słuchał tej samej muzyki, był zachwycony metalem, a ja byłam bardzo w nim zakochana. Wtedy przeszło mi wielkie zainteresowanie czarownicami.

AK: Przestało Cię to po prostu zajmować?

M:  Były wtedy inne, nowsze rzeczy.

AK:  Jakie?

M: „Wielka” miłość, seks, „odzyskany” sens życia, nadzieje, plany...

AK: Plany?

M: Plany na przyszłość, wyznania: „będziemy ze sobą na zawsze” itp.

AK: I co było dalej? Ten chłopak cię zawiódł...

M: Po prostu poznałam innego, niby lepszego i jak na mój ówczesny, młodzieńczy gust, dojrzalszego. Było to jednak uczucie platoniczne. Przez niego moje gusta muzyczne się nieco odmieniły. Skupiłam się na uwielbianym przez niego punk rocku. Później moją obsesją stało się ciągłe rozmyślanie i pogrążanie w destrukcyjnych marzeniach o nieistniejącym związku z tym chłopakiem. W konsekwencji pojawiły się pierwsze poważne myśli o samobójstwie. Wtedy lubiłam weekendy spędzać samotnie w mieście: w klubach, pubach, na różnych imprezach, upijając się do nieprzytomności. Z czasem każdy nowo poznany chłopak porównywany był do mojej obsesji. Wiadomo było –  ale jeszcze nie mnie – że żaden nowy związek nie ma prawa się udać. Okrzyknęłam się nawet biseksualistką, kiedy moją „towarzyszką życia” została, na jakże długi czas dwóch miesięcy, dziewczyna.

AK: Co to znaczy „towarzyszką życia”?

M: Pociągało mnie wtedy to, że można iść z dziewczyną za rękę lub pocałować ją, wzbudzając sensację. Dziękuję Ci Boże, za to, że było to tylko udawanie. Obracałam się w towarzystwie, w którym dziewczyny były jakby zobowiązane deklarować się jako biseksualne. Zwykle tak odstraszały od siebie samotność, bo chłopakom się to bardzo podobało, czasem tylko tym kierowali się przy wybieraniu nowych partnerek seksualnych, a dziewczyny widziały swoją nową szansę na udany związek z przedstawicielką tej samej płci. Pamiętam, i dzieje się to na pewno na szerszą skalę dzisiaj, że żeby być atrakcyjną we współczesnym świecie, zakładając np. konto na facebooku nie wypada dziewczynom deklarować się jako hetero. Większą uwagę i tym samym więcej „przyjaciół” przyciągnie słowo bi. Dziewczyny myślą, że wiedzą, co mają robić, ale niekoniecznie wiedzą, co tak naprawdę czują. To samo zresztą dzieje się dziś z chłopakami.

AK: Czyli dla tych środowisk, w których przebywałaś, to było normalne. Czy to możliwe, że  dziewczyny nie marzą o sukni z welonem, ślubie przed ołtarzem, u boku ukochanego mężczyzny?

M: Domyślam się, co mogą czuć w głębi serca. Potwierdza to doświadczenie moje i innych osób, które przeżyły podobne historie. Dzisiaj prawdziwy ślub, ślub kościelny, odchodzi do lamusa. Wśród części moich znajomych ślub kościelny nie oznacza niczego więcej jak piękna uroczystość i prezenty. Inna część mówi, że nie zamierzają pobierać się tam, gdzie ksiądz zbiera na tacę i że na taki ślub trzeba wydać mnóstwo pieniędzy. Dlatego popularne staje się kupowanie sukni i garnituru tylko dla ślubu cywilnego. Ja myślę, że w głębi serca każdy, jeżeli nie jest powołany do kapłaństwa, marzy o takim prawdziwym ślubie. Ja sama wcześniej nigdy o takich rzeczach nie myślałam. Dzisiaj pragnę ślubu i życia w małżeństwie, wiem, że jest to prawdziwe powołanie większości kobiet. One starają się to zagłuszyć różnymi dziwactwami, przekazywanymi przez mass media, czy towarzystwo, w którym żyją. Nie miałam pojęcia, kim tak naprawdę jest Bóg, czym są odwieczne i prawdziwe wartości, które nam przekazał, które są swego rodzajem instrukcją obsługi każdego człowieka.

AK: Czyli Twoje zachowania, kojarzone z biseksualnością, były podyktowane tylko chęcią przystosowania się do środowiska, chęcią bycia na topie?

M: Oczywiście. Wtedy prawie każda z moich znajomych deklarowała się jako „bi”. Kierowała mną też chęć przeżycia nowych doświadczeń, propagowanego przez media „eksperymentowania”, czy w końcu skutki przez zranienia przez byłych partnerów, na zasadzie: „faceci to dranie, dziewczyny muszą mnie lepiej rozumieć, w końcu jesteśmy takie same”.

Narkotyki, techno i wyjazd do Anglii

AK: Dlaczego zdecydowałaś się skończyć tę relację?

M: Zainteresowałam się czymś innym, doszłam do wniosku, że to jednak nie jest to. Już znacznie wcześniej zaczęłam eksperymentować z narkotykami. Do tego dołączyła muzyka techno. W 2007 roku szykowałam się do przełomowego w moim życiu wyjazdu do Anglii, na stałe, taka była moja strategia.

AK: Pojechałaś tam?

M: Dołączyłam do mamy, która pracowała tam już rok.

AK: I jak wyglądało twoje życie w WB?

M: To było istne szaleństwo. Wszystko potoczyło się lawinowo. Praktycznie od razu znalazłam dobrze płatną pracę, usamodzielniłam się. Zarabiałam tylko na siebie. Miałam wtedy 17 lat. Miejscowość, w której mieszkałam, była bardzo charakterystyczna. Kolorowy świat, małe sklepiki z magicznymi przedmiotami, Indianie, czarownice, sabaty, wróżki, dziwne stowarzyszenia i grupy. Chyba każda religia miała tam swoje miejsce. To wszystko mnie zachwyciło. Świat, w połowie jak z lat 60, w połowie jak z opowieści Tolkiena. Hipisi palący trawę na ulicach, ludzie poubierani w worki jutowe, w dredach, dzieci wyglądające jak postacie z bajki The Flinstones, gnomy, trolle i inne baśniowe stwory. Totalna swoboda i „wolność”. Wszystko to było na porządku dziennym. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale można sprawdzić. Była to miejscowość Glastonbury. Szybko zyskałam nowych, angielskich znajomych. Był to świat nieustających narkotykowych doświadczeń. Tam było tego pod dostatkiem. Doszłam do wniosku, że, aby się nie uzależnić, ograniczę się do dwóch narkotyków. To oczywiście nie miało sensu, bo praktycznie zrezygnowałam ze stymulantów na rzecz jednego narkotyku, który mnie omamił, wokół którego kręciła się też specyficzna ideologia hipisowska. W końcu, po zebraniu odpowiedniej kwoty, potrzebnej do realizacji mojego  odwiecznego marzenia – czyli tatuażu, (kolekcjonowałam też kolczyki w różnych częściach ciała), wróciłam na 2 miesiące do Polski.

AK: Po co?

M: Aby zrobić tatuaż.

AK: Dlaczego akurat w Polsce?

M: Przeglądając galerie Anglików nie trafiłam na jakiś wielki talent, a w Polsce miał być jeden, akurat w Poznaniu.

 

Wielka rewolucja w moim życiu

AK: Przyjechałaś, zrobiłaś tatuaż i chciałaś wracać...

M: Taki był plan, ale po przyjeździe do Polski nastąpiła wielka rewolucja w moim życiu. Poznałam chłopaka, który w tamtym czasie był jedynym katolikiem, którego znałam. Ja prowadziłam jakby podwójne życie, z jednej strony piłam, chodziłam na imprezy, poznawałam nowych „szczęśliwych” ludzi, paliłam marihuanę (w Polsce było bardzo trudno o inne środki psychoaktywne), plącząc się w bezsensie – a równocześnie poszukiwałam prawdy. Chłopak, którego poznałam, (wtedy jeszcze nie był „moim” chłopakiem), opowiadał mi o Jezusie, o celowości życia. Przy nim zaczęłam analizować to, co robię, zdawać sobie sprawę z mojej beznadziei, z tego, jaka jestem nieszczęśliwa. On znał antidotum na to wszystko, a był nim Bóg. Wiadomo, na początku, śmiałam się z X przykazań, z wiecznych zakazów, nakazów. Argumentowałam swoją niechęć do Kościoła tak jak większość, że księżom zależy tylko na pieniądzach, że to nieodpowiedni ludzie, że pedofile… Miałam jednak dobrego przewodnika po Prawdzie. Wszystkie moje, jakże standardowe, argumenty obalał. A o wadze jego słów mogłam szybko się przekonać, kiedy zdecydowałam się, nie bez strachu, pójść na mszę świętą, pierwszą od 7 lat. Była to msza z modlitwą o uzdrowienie. Od tamtego czasu zrozumiałam wszystko i, można powiedzieć, zaczęłam prawdziwą przemianę.

AK: Czym najbardziej ujął Cię wtedy ten chłopak? Zdecydowałaś się przecież na wielki krok. Wyobrażam sobie, że pójście do kościoła po 7 latach przerwy może być trudne.

M: Ujął mnie czystością, dobrem, szczerością i wielkim zdecydowaniem. Pamiętam, jak powiedział, że on WIE , że Bóg istnieje. Przypominam sobie też moment, kiedy – jakby nie kontrolując tego do końca – powiedziałam, ze łzami w oczach, że ja chcę, żeby mnie poprowadził. Przed mszą bałam się, nie byłam do końca zdecydowana.

AK: A skąd on wiedział, że Bóg istnieje ?

M: Powiedział, że wiele razy mógł się o tym przekonać, że widział, że czuł obecność.

AK: I Ty mu uwierzyłaś, bo...

M: Bo sama chciałam, żeby mnie poprowadził. Cały czas czułam, że tak powinnam zrobić, że muszę poznać Boga. Ten chłopak, można powiedzieć, przyprowadził mnie do Boga. Ale nie było tak, że ja odmieniłam się natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, że nie grzeszyłam, że całkowicie zerwałam z tym, co mnie rujnowało. To wszystko było stopniowo. Chciałam Boga poznawać, bo wcześniej nie znałam Go wcale, nie znałam prawdy. Trudno było mi zerwać ze wszystkimi przyzwyczajeniami i nałogami od razu, ale wiedziałam, że one mnie od Boga oddalają, a ja Go potrzebuję.

AK: Jak wygląda wejście do kościoła pierwszy raz po latach?

M: Byłam zdenerwowana, ale znałam cały obrzęd liturgiczny. Trochę może śmiać mi się chciało, nie dowierzałam. Pamiętam jak przez mgłę, że chyba zdarzyło mi się przewrócić oczami, manifestując znudzenie, czy nerwy. Msza trwała ok. 2 godziny, dużo płakałam i ostatecznie nie miałam ochoty z kościoła wychodzić.

AK: Czemu niedowierzałaś? Że jesteś w kościele?

M: Tak, niedowierzałam, że znalazłam się w kościele.

AK: Co się w Tobie zmieniło od tamtego czasu?

M: Wiele, można chyba powiedzieć, że prawie wszystko. Przede wszystkim pojmowanie życia, jego sensu. Pojmowanie Boga, który stał się dla mnie Drogą, Prawdą i Życiem. Wszystkie te nakazy i zakazy, z których tak się śmiałam, okazały się środkiem do szczęścia. Zmieniło się moje podejście do mnie samej, do innych.

AK: Przykazania Boże pomagają w życiu?

M: Oczywiście! Są ścieżką do Boga. Pomagają zmieniać się na lepsze i odkrywać prawdę o sobie.

AK: A jaka była reakcja rodziny na zmiany, jakie w Tobie zaszły?

M: Wszyscy byli w szoku. Trudno im w to uwierzyć. Mnie zależy na tym, aby i oni poznali Boga. Modlę się o to, bo codziennie widzę, jak im Boga brakuje, tak jak mnie kiedyś.

AK: A narkotyki, alkohol, piercing, zainteresowanie magią, tatuaż? Co o tym teraz myślisz?

M: To mnie już nie interesuje. Nie widzę w tym nic dobrego. Tatuaż niestety został. I chyba nieprędko się go pozbędę. Muszę przyznać, że bardzo tego żałuję. Musiałabym zdobyć bardzo dużo pieniędzy, aby go usunąć. Są to też podobno bardzo bolesne sesje.

AK: Kim jest dla ciebie Pan Bóg?

M: Bóg jest dla mnie przede wszystkim Prawdą, Życiem, jego sensem. Każdego dnia przekonuję się, że słowa zawarte w Piśmie Świętym znajdują swoje odzwierciedlenie w każdej sytuacji. Obserwując wiele tragedii ludzkich da się zauważyć fatalne skutki życia bez Boga. Wiara przynosi wiele niespodzianek. Dla mnie odkrywanie prawdy było ogromnym zaskoczeniem. Wiara katolicka, niby tak ogólnie znana, czasem przestarzała, niekiedy nie lubiana, okazała się być tajemnicą niosącą prawdziwe dobro, tajemnicą jednak dostępną dla każdego. Wszystko znajduje swoje potwierdzenie. Absolutnie wszystko. Trudno to opisać w kilku zdaniach, trzeba to przeżywać, by się przekonać.


Imię bohaterki wywiadu zostało zmienione.