lśub__bilderstoeckchen-FotoliaPrzygotowując się do ślubu, wpadliśmy na pomysł, żeby przeanalizować dokładnie tekst przysięgi małżeńskiej. I wtedy uderzyło nas odkrycie, że właściwie nigdzie się o tym za bardzo nie mówi.

Czy kiedykolwiek głębiej myślimy, co znaczy tekst przysięgi w obliczu Boga? A jest to przecież sprawa kluczowa, bo z niej wynika wszystko, do czego w małżeństwie jesteśmy zobowiązani.

A wydaje nam się czasem, że to, do czego jesteśmy zobowiązani w małżeństwie, to przede wszystkim wierność, w dodatku jedynie w jednym swym aspekcie – cielesności. A wierność wykracza przecież poza te ramy. Mówimy o wierności Boga, przyjaciela, nawet pupila domowego – i przecież nigdy nie mamy na myśli jakiejś konotacji seksualnej. Ale o wierności za chwilę.

Miłość

Mamy się kochać. Co to znaczy? Pragnąć dobra drugiej osoby. Nie ma miejsca na egoizm. To, co robię w stosunku do małżonka, ma wynikać z mojej postawy pragnienia jego dobra. Nie pragnienia jego zadowolenia, tylko dobra. A więc nie ma szans/miejsca na jakiekolwiek poddawanie się manipulacji małżonka czy spełnianie własnych egoistycznych zamiarów. Na przykład nie jest miłością poddawanie się żony manipulacjom męża-alkoholika, bo to, że jako żona podporządkowuję się jego zachciance picia, powoduje, że niszczy on swoje zdrowie i życie naszej rodziny. Ani nie jest miłością wykorzystywanie małżonka do własnych – nawet niewinnych – pragnień. Mam pragnąć dobra. Dobra małżonka i dobra własnego.

A na czym polega prawdziwa miłość, wiemy z kart Ewangelii. ”Nie ma większej miłości, gdy ktoś życie oddaje...” – ktoś pomyśli: „Ojej, aż tak?”. A to właśnie taką miłość przysięgamy. Ta przysięga wykracza poza normalny chrześcijański obowiązek miłości bliźniego. To jest ślubowanie, niezbywalne jakimkolwiek odwołaniem czy mniemaniem, że jest inaczej. I nie chodzi tu tylko o normalne, codzienne oddawanie życia poprzez pracę, trud i bycie blisko. Tu chodzi o wybór: gdyby mój współmałżonek był teraz zagrożony, mam za niego oddać życie. To jest mistyka małżeństwa. To nie jest miłość na niby.

Wierność

Nie chodzi tu głównie o wierność cielesną. Zatem o jaką? Mówi się, że zdrada nie zaczyna się seksem z inną osobą. Zdrada zaczyna się rozmową, dialogiem i dążeniem do tego, aby inna osoba spełniła moje pragnienia. A więc zdradą, sprzeniewierzeniem się wierności małżeńskiej jest wynoszenie ponad małżonka swoich przyjaciół, zainteresowań, pasji, rodziców. Taka zdrada często dotyka kobiet – i wydaje się, że w tym kontekście to one częściej łamią przysięgę wierności. Wierności, która zobowiązuje do wyłącznej przyjaźni z małżonkiem. Nie znaczy to, że nie mogę mieć przyjaciół albo nie mam się zajmować swoim hobby. Zajmować się nim mogę, ale nie oddawać się mu. Oddanie zarezerwowane jest dla małżeństwa. Mam dać całą swoją osobę, całe swoje jestestwo w darze dla małżonka. I to z nim rozmawiać o swoich obawach, niepokojach, problemach i radościach. Jeśli czuję, że boję się lub nie chcę się z nim dzielić tego typu rzeczami – to powinna mi się zapalić czerwona lampka. Bo bardzo prawdopodobne, że za chwilę – z naturalnej potrzeby takiej przyjaźni – zacznę sobie szukać kogoś innego. A to już będzie niewierność. I taka już bardzo łatwo prowadzi do niewierności, którą widać na zewnątrz, także cielesnej.

Można zdradzać współmałżonka z własnymi rodzicami. Pod pozorem sięgnięcia po poradę czy troski o starszych rodziców może kryć się uzależnienie, które w gruncie rzeczy boleśnie rani małżonka. Niczyje zdanie nie może być dla mnie tak cenne, jak zdanie małżonka. Niczyje dobro nie może być ważniejsze. Bo to jemu/jej ślubowałam. Rodziców mam jedynie czcić. Wierna muszę pozostać jemu.

Uczciwość

A w tej uczciwości to już w ogóle nie bardzo wiemy, o co chodzi. Tak jakby została gdzieś na końcu po miłości i wierności. Czym jest uczciwość małżeńska? W pewnym sensie gwarantem dotrzymania pozostałych obietnic. I pomocą, bez której miłość i wierność niejako tracą sens w relacji, jaką jest małżeństwo.

Jesteśmy uczciwi, czyli prawdomówni. Czyli tacy, jacy jesteśmy. Jesteśmy sobą i dajemy się takimi poznać drugiemu. To znaczy: uczciwość małżeńska zakłada dialog. Musimy ze sobą rozmawiać, jeśli chcemy być wobec siebie uczciwi. Okazuje się, że to niełatwe zadanie – otwierać się przed małżonkiem w całej prawdzie, wystawiając się na niebezpieczeństwo odkrycia własnych słabości. Ale dlatego właśnie te cztery elementy przysięgi są ze sobą nierozerwalnie związane. Bo jeśli współmałżonek mnie kocha, to nie muszę się obawiać powiedzenia mu prawdy. Jeżeli jest mi wierny, to nie ma takiej rzeczy, która skłoni go do opuszczenia mnie. Wobec tego nie muszę się bać i mogę się przed nim otworzyć – i odwrotnie. Mogę przyjąć i jego słabości, zapewniając go o swojej miłości i wierności. Czy to nie jest relacja, o której wszyscy marzymy?

Ale do tego trzeba podjąć trud wyjścia do drugiego i pokonać przewrotną chęć zachowania czegoś tylko dla siebie. Jak mówiliśmy – tu nie ma miejsca na egoizm. Jest miejsce na oddanie siebie i wszystkiego, co się ze mną wiąże małżonkowi. Trzeba podjąć szczery, uczciwy dialog. Odrzucić nieprawdę z życia swojego i sprzed oczu małżonka.

„Nie opuszczę cię aż do śmierci”

Z tym też jest problem. To znaczy, że już do końca życia mam być związany? Że już nigdy nie będę wolny? To oznacza raczej, że już nigdy nie będziesz sam. Że to byłaby potworna niesprawiedliwość, gdyby twój małżonek cię opuścił. Nawet, gdy musi ratować siebie samego lub dzieci, decydując się na separację – już nigdy nie będzie tak, jakby ciebie nie było. Zawsze będziesz w jego sercu. Zawsze będziecie razem.

To ma też konsekwencje dla codziennego życia. Tak samo, jak łamaniem przysięgi jest zdradzanie małżonka np. z komputerem, tak samo opuszczanie na długie godziny z mało doniosłych przyczyn też jest jakimś nieuporządkowaniem. Tu jest wiele zagrożeń, które często dotykają mężczyzn. Na przykład przesiadywanie w pracy na nadgodzinach, gdy komornik nie puka do drzwi, może być opuszczeniem żony. Często jest także ucieczką, motywowaną pozytywnymi argumentami. A tak naprawdę bywa to realne zostawienie żony na pastwę samotności. Zwłaszcza, że jako kobieta mogę to powiedzieć: potrzebuję mojego męża bardziej, niż on to sobie wyobraża. I tęsknię za nim mocniej, niż nakazywałaby przyzwoitość przy takim stażu małżeńskim. Bo jesteśmy jednością. Bo Pan Bóg tak to ustanowił.

Warto jeszcze raz przeanalizować przysięgę małżeńską. Warto do niej wracać przy każdym rachunku sumienia. Bo to jest Boży plan, najważniejsze zadanie w moim życiu. To jest sakrament, tak jak Eucharystia. Gdy dokonam innego zadania – wychowania naszych dzieci, to sakramentalne zadanie wciąż będzie trwało. To chyba przekonuje, że jest ono bardziej doniosłe, niż nam się czasem wydaje.