nardczyli rzecz o narodowej schizofrenii

Myśl, że z Polakami dzieje się coś złego pierwszy raz pojawiła się w mojej głowie jakieś 12 lat temu. Byłam u swojej krawcowej. Jest bardzo zaprzyjaźniona z telewizorem. Może dlatego, że mieszka sama? TV oczywiście emitowało swój program i w pewnym momencie moją uwagę zwróciła pewna leciwa pani, która głośno mówiła przez mikrofon reporterki do swojej wnuczki: .

„Kochana, jesteśmy z Tobą, cała wieś z tobą! Nic się nie bój, kochamy cię!”. Pani krawcowa wytłumaczyła mi, że owa wnuczka jest uczestniczką „show” typu „wszystko na sprzedaż”, którego myślą przewodnią jest· - wygrać z 9 konkurentkami i zostać narzeczoną głównego bohatera.

„Narzeczona”

Bohater w programie po prostu jest. Prezentuje swoje wdzięki, kontestuje kandydatki i co jakiś czas którąś z programu „wywala”. Właściwie, co się stało? Babcia kocha wnuczkę, życzy jej dobrego występu, wspiera ją. Racja, gdyby nie małe, „ale”. Pewnie nie dla wszystkich jest to problem, dla mnie tak. Nie mogę zrozumieć, że młoda, śliczna dziewczyna dobrowolnie, na oczach całej Polski, może i jakiejś części świata (jest przecież Internet) bez najmniejszych oporów i przy wykorzystaniu wszelkich metod w celu wyeliminowania konkurentek, walczy o tytuł „narzeczonej” zupełnie nieznanego mężczyzny. Nie mogę pojąć, że można tak desperacko pożądać popularności i pieniędzy, żeby zdecydować się na publiczne prostytuowanie. Tym bardziej nie rozumiem babci dopingującej w tych działaniach swoją wnuczkę. Tak, to wtedy zrozumiałam, że coś się nam Polakom w głowach poprzestawiało.

Próba diagnozy

Dziś takie „show” nie dziwi  już nikogo. Przeciwnie, dziewczyny, które w ten sposób zabłysnęły, robią „kariery”. Stają się celebrytkami, aktorkami, prezenterkami telewizyjnymi. Czasem ich popularność trwa jeden sezon, czasem dłużej, ale nikomu nie przychodzi do głowy krytykować tego typu „sposób na sławę”. Co więcej, dziś nie dziwią nawet mamy, które na castingi modelek prowadzają swoje kilkuletnie córki !!! Czepiam się? Pewnie tak, bo przecież każdy jest wolny, każdy ma prawo wyboru własnej drogi życiowej. Znów tak, ale…. Czy na pewno takim społeczeństwem chcemy być? Czy takie wartości dziedziczymy po naszych wielkich Przodkach? Trudno zrozumieć to specyficzne rozdwojenie jaźni, tą zbiorową schizofrenię Polaków, którzy jednego dnia w niemal w milionowym tłumie zbierają się, by modlitwą żegnać swojego Ukochanego Papieża, następnego - takim samym tłumem ekscytują się orgiastycznym występem gwiazdki popu. Jak wytłumaczyć, że największą frekwencję w lokalach wyborczych odnotowujemy po Mszach św., po czym okazuje się, że niemal 30% z tych katolickich wyborców głosuje na ludzi popierających aborcję, związki homoseksualne, deklarujących chęć wyrugowania symboli religijnych z przestrzeni publicznej a prawie 40% ma je po prostu w nosie.

Terapia od zaraz

Nie wiem, może znalazłby się psycholog społeczny, albo socjolog, który tak jak ja zdiagnozowałby tę narodową przypadłość. Pewnie nie. Dla znanych mi medialnych autorytetów z tych dziedzin, to zapewne znak czasu, normalna rewolucja moralna. Może i tak, ale czy to na pewno my? Czy nie powinniśmy w imię zachowania ciągłości pokoleń wrócić do korzeni? Dla swoich dzieci i wnuków. Może najwyższy już czas przypomnieć sobie elementarz naszej wiary i to zanim (dla świętego spokoju lub – bo wypada) zdecydujemy się ochrzcić dzieci, albo jeszcze lepiej, zanim staniemy przed Bogiem, by ślubować sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że nie opuścimy siebie aż do śmierci. Bo to nie byle jaka przysięga, to naprawdę ważne słowa! Nikt nie zmusi człowieka do miłości, zwłaszcza do miłości do Stwórcy. Nikt też nie może udawać, że ślub kościelny to tylko piękna suknia, cudowny welon, wspaniałe wnętrza, wzruszająca muzyka i w ogóle. Muszą pamiętać o tym zarówno narzeczeni, jak kapłani. Tu czuję potrzebę wytłumaczenia się z ostatniego zdania. Przed ślubem mojej córki miałam problem z wyjaśnieniem przyszłemu zięciowi, że jego brat nie może być ojcem chrzestnym ich synka, ponieważ żyje w związku niesakramentalnym, mimo braku przeszkód. No i poniosłam klęskę. Kapłan, który odwiedził ich w ramach kolędy, na pytanie zięcia, jak to jest, odpowiedział, że właściwie nie, ale on nie będzie robił problemu. Poczciwy Proboszcz pewnie działał w dobrej wierze, ale dziś trzeba świadectw jednoznacznych. Każde ustępstwo doprowadzi do relatywizacji i w dalszej konsekwencji, do schizofrenii opisanej wyżej. To już ostatni moment na opamiętanie się!

Na koniec warto zamyślić się nad słowami Pana:

(Mt 5,17-19)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.